Jim Cramer to czołowy amerykański medialny naganiacz giełdowy (jego książka nawet ukazała się na polskim rynku). Cały świat go poznał, gdy panicznie namawiał Fed w zeszłym roku do agresywnych obniżek stóp procentowych. Potem zyskał ponownie sławę, gdy na parę dni przed uznaniem bankructwa Bear Sterns, przekonywał słuchacza w swoim programie, że z Bear Sterns jest wszystko w porządku (po trzydziestu sekundach klip można w zasadzie wyłączyć):
Ciekawostką jest fakt, szczególnie dla tych którzy znają Cramera, że parę dni temu namawiał o dziwo do sprzedawania akcji i wyjścia z rynku. I wygląda na to, że się nie pomylił. Poniżej klip, w którym pokrętnie się tłumaczył ze swojej rekomendacji:
„Wyjść z giełdy, jeśli potrzebujesz pieniędzy w okresie najbliższych pięciu lat”? Hmmm – a jeśli potrzebuję za 15 lat, to czy nie lepiej wyjść teraz z giełdy, a wrócić dopiero po 5 latach? Come on, Jim – jeśli coś wiesz, to podziel się z nami tą wiedzą!
PS Swoją drogą trzeba pogratulować Cramerowi skuteczności w doborze partnerów. Pracuje w Goldman Sachs, ubezpiecza się w AIG, uwikłany był w handel obligacjami Fannie Mae i Freddy Mac, a interesy robi z Lehmanem. Sami geniusze rynków inwestycyjnych wkoło niego.










09/10/2008
Jim Cramer to niedouczony analityk z ADHD i mało kto go bierze na poważnie, a w niektórych kręgach inwestorów jest wręcz dyżurnym chłopcem do bicia i pośmiewiskiem.
Jednakże jego sugestia, że być może warto zachować papiery zamiast konwertować je na gotówkę z dużą stratą, nie jest tak zupełnie idiotyczna. Zakładając, że amerykańska i światowa gospodarka się podniesie z recesji w przeciągu kilku lat (wątpliwe), akcje to jednak jakiś strumień dochodów, a jeśli zainwestujemy w nie bardzo rozważnie (zgodnie z zasadami Grahama i Dodda: kupić papiery o dużej wiarygodności, dobrych fundamentach i potencjale generowania dochodu, na znacznej przecenie) to można rzeczywiście oczekiwać, że na przestrzeni 10-15 lat zwrot z portfela akcji, biorąc pod uwagę (co kluczowe!) akumulację i reinwestowanie dywidend przyniesie prawdopodobnie większy całkowity zwrot, niż obligacje (to chyba na dzisiejsze czasy niestety jedyna alternatywa).
To się jednak opiera na założeniu, że znaczną część z tych 10-15 lat nasze akcje będą generowały przyzwoity zysk, a to zależy od szybkiego wygrzebania się gospodarki z recesji, co jest założeniem, powiedzmy sobie szczerze, dość wątpliwym.