Kadencja Bena Bernanke kończy się w styczniu 2010. Wyboru dokona więc już prezydent Obama pod koniec przyszłego roku. Patrząc jednak po tym, co pisze się w prasie, szef Fedu może spać spokojnie. Jeśli kryzys nie uderzy z nową siłą w jakiejś innej odsłonie, to zapewne jego kadencja zostanie przedłużona.
Wall Street Journal przeprowadził ankietę wśród ekonomistów zatrudnionych przez biznes, z której wynika, ze trzy czwarte z nich uważa, że szef Fedu powinien zachować swoje stanowisko. Bruce Kasman z J.P. Morgan uważa na przykład, że „Bernanke wykonał dobrą robotę w bardzo trudnych okolicznościach”.
Gdyby jednak coś poszło nie tak, to są i inne godne kandydatury. Następcą Bena może zostać choćby Timothy Geithner – szef Fed w Nowym Jorku i jedna z czołowych postaci wśród doradców Obamy. Oczywiście pozostaje wtedy kwestia obsadzenia dotychczasowego stanowiska Geithnera, które jest bardzo istotne, gdyż, jak zauważa gazeta „szef Fed w Nowym Jorku jest emisariuszem banku centralnego na Wall Street”. Nie będzie to jednak poważny problem. Mogliby go zastąpić Kelvin Warsh, dyrektor w Fed dawniej pracujący w Morgan Stanley albo Bill Dudley, były ekonomista Goldman Sachs.
Muszę przyznać, że mimo wszystko zdumiewające jest, jak lekko się o tym pisze. Zawsze myślałem, że bank centralny ma nadzorować sektor bankowy. Wyznaczać normy ostrożnościowe i bezstronnie karać tych, którzy naruszają reguły. A tu widać, że personel swobodnie przepływa od kontrolujących do kontrolowanych i odwrotnie. Wszyscy się znają i wspólnie naradzają się jaką politykę prowadzić. Jak jedna wielka rodzina.










01/12/2008
rodzina Soprano