W dyskusjach o przyczynach aktualnego kryzysu często pomija się rolę agencji ratingowych. Zupełnie niesłusznie – bo to przecież one oceniały pakiety sekurytyzowanych aktywów i sprawiały, że bankom opłacało się udzielanie pożyczek ludziom bez krzty wiarygodności. Takie kredyty mogły być potem przepakowane w transze, zaprawione paroma obligacjami, sprzedane i zaraz potem odkupione na rynku wtórnym tyle że z „nadmuchaną” oceną. Przed sprzedażą następowała właśnie kluczowa ocena mających trafić na rynek papierów wartościowych przez agencje ratingowe, takie jak Fitch Ratings, Moody’s czy S&P’s, przy czym za ocenę upłynnianych aktywów płacili sami zainteresowani, czyli banki. Niby cały układ przypominał niewinną formę zewnętrznego audytu, ale nie do końca… Np. sam Edmund Vogelius, wiceprezes Moody’s, tak postawił sprawę w artykule z 1957 r. poświęconym modelowi biznesowemu swojej firmy:
„Oczywiście nie możemy żądać zapłaty za ocenę papieru wartościowego. Oznaczałoby to bowiem przypisanie ceny samemu procesowi, a my nie moglibyśmy wówczas uniknąć zarzutów – które niewątpliwie zostałyby sformułowane – że nasze ratingi są na sprzedaż.”
Sprawy jednak przybrały nieco inny obrót i we wrześniu 2007 r. jeden z dyrektorów zarządzających Moody’s tak wyznał w wewnętrznej ankiecie:
Te błędy sprawiają, że wyglądamy albo na kompletnie niekompetentnych w dziedzinie analizy ryzyka kredytowego albo na takich, co sprzedali dusze diabłu za pieniądze, albo na mieszankę obu typów.”
Hat tip: Barry Ritholtz.










08/12/2008
Sumienie ??
to słowo nie jest trendy w dzisiejszych czasach :O