Stukając i wykańczając swoją pracę, otrzymałem linka do tekstu Macieja Bitnera o wyższości nacjonalizacji systemu bankowego nad programami pomocowymi służącymi dotowaniu banków. Czytamy, że „W obu przypadkach bowiem mamy do czynienia z konfiskatą własności na masową skalę, ale nacjonalizacja banków da szybszy efekt i może pociągnąć za sobą jakąś głębszą reformę.”
Nacjonalizacja banków da szybszy efekt, ale jaki efekt? Efekt sprawnego i szybkiego zniszczenia resztek mechanizmu konkurencji między instytucjami finansowymi?
Nacjonalizacja na pewno pociągnie za sobą jakąś głębszą reformę, ale jaką reformę? Nie sądzę, że by była to reforma wolnorynkowa, skoro jeśli ona byłaby celem, to żadnej nacjonalizacji przeprowadzać nie trzeba.
Analogicznie można by rozumować w przypadku wszystkich innych dotowanych branż. Weźmy sobie na przykład rolnictwo. Czy naprawdę dopłaty są dużo gorszym rozwiązaniem niż nacjonalizacja ziemi i całego rolnictwa? A przecież nacjonalizacja ziemi da szybszy efekt i pociągnie za sobą jakąś głębszą reformę, czyż nie?
Programy pomocowe są wysoce nieefektywne i niszczą sprawne funkcjonowanie mechanizmu rynkowego. Ale cały czas mamy dalej mechanizm rynkowy. Mimo że banki dostają dotacje, cały czas dobrze prosperujące przedsiębiorstwo bierze kredyt w zależności od oczekiwanej zdolności kredytowej. W momencie nacjonalizacji sektora bankowego przestaje to grać jakąkolwiek rolę, a kredyty będą przyznawane znajomym królika. Perfekcyjne biurokratyczne zarządzanie dyrektywami, a nie ekonomiczną kalkulacją, wyprze jakąkolwiek sensowną wycenę rynkową. Także zdecydowanie nacjonalizacja to najgorsze co nas może spotkać.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że programy pomocowe, jeśli bedą odpowiednio duże (a takie są), de facto poprowadzą do tego samego co nacjonalizacja (i na to obecnie wygląda).










26/02/2009
Problem w tym, że mechanizmy rynkowe zawiodły. Jim Rogers pozwoliłby bankom upaść, żeby ich aktywa trafiły z rąk niekompetentnych do kompetentnych. Brzmi sensownie. Ale skoro teraz trafią do kompetentnych, to jakim cudem wcześniej znalazły się w rękach tych niekompetentnych? Przecież amerykańskie banki na masową skalę uczestniczyły w kredytowo-nieruchomościowo-sekurytyzacyjnej bańce spekulacyjnej, na masową skalę retuszowały swoje wskaźniki płynności, przerabiając aktywa hipoteczne na „papiery dłużne”. Banki i inne instytucje finansowe serio traktowały rekomendacje skompromitowanych teraz agencji ratingowych. System zawiódł. Zawiódł nie tylko nadzór, nie tylko banki centralne, ale zawiódł, przepraszam za wyrażenie, system korporacyjny, w którym naczelną zasadą jest to, co Buffett określa jako „imperatyw instytucjonalny” – zasadę, że dobre jest wszystko to, co robią inni. Zarządy banków wymknęły się akcjonariuszom spod kontroli.
Nacjonalizacja jest zła, bo owszem, państwowe jest złe. Ale o ile lepsze jest – w tym konkretnym przypadku – prywatne? Skąd wziąć uczciwych zarządzających, myślących w perspektywie dłuższej od najbliższego bonusa rocznego? Skoro prywatny właściciel dąży do alokacji aktywów banku przynoszącej największe zyski to gdzie są, ja się pytam, te zyski – bo ja widzę gigantyczne straty.
Trzeba przemyśleć działanie całego systemu. I nie wiem, czy nacjonalizacja nie jest jednak jakimś sposobem, żeby przed przebudowaniem tego domu ugasić jego pożar.