deficyt

Węgry – kraj w ciągłym kryzysie

Posted by Mateusz Benedyk on styczeń 22, 2014
Mateusz Benedyk / 23 komentarze

W ostatnich tygodniach spotykam się z wyrazami sympatii moich znajomych (o dość wolnorynkowych poglądach) z polityką, jaką prowadzi na Węgrzech Viktor Orbán. Niedawna zapowiedź obniżki podatku dochodowego od osób fizycznych z 16% do 9% w 2015 r. skłoniła wręcz niektórych do komentarzy o zasadności emigracji do kraju nad Balatonem. Węgierski premier wzbudził także sympatię wielu, kiedy doprowadził do wyrzucenia z kraju biura Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Obie te decyzje można uznać za godne pochwały. Nie można jednak zapominać o dwóch rzeczach:

– Węgry nadal są krajem wysokich podatków i rozdętego sektora publicznego;

– uniezależnienie Węgrów od MFW nie sprawia, że znika cały dług publiczny, przez który Węgrzy muszą martwić się nastrojami międzynarodowych inwestorów.

Węgierskie państwo jest zdecydowanie bardziej pazerne niż rządy Polski, Czech czy Słowacji. Wydatki publiczne na Węgrzech od wielu lat oscylują wokół wartości 50% PKB. Problemy z dziurą budżetową Węgrzy rozwiązują w jeden sposób – podnosząc obciążenia fiskalne. Jak pokazuje poniższy wykres (dane Eurostatu), nawet usilne zabiegi ministra Rostowskiego nie były w stanie zmienić faktu, że to w Polsce fiskus zabiera obywatelom mniej pieniędzy.

wydatki Węgry

Jak do tej pory Viktor Orbán nie znalazł sposobu na trwałe ograniczenie wydatków publicznych. Wszelakie prognozy nie wskazują też, że do takiego ograniczenia miałoby dojść w najbliższych latach.

Biorąc pod uwagę skalę ucisku fiskalnego na Węgrzech, nie może dziwić, że to polska gospodarka (ze wszystkimi wadami naszych instytucjonalnych rozwiązań i z nie najlepszą, delikatnie mówiąc, polityką gospodarczą) rozwija się konsekwentnie lepiej od węgierskiej.

pkb węgry

Według Eurostatu (wykres powyżej) ostatni raz Węgry rozwijały się szybciej niż Polska w 2005 roku. Od 2007 roku Węgry pogrążone są w permanentnej stagnacji. Prognozy na kolejne lata są co prawda dość optymistyczne (PKB Węgier ma rosnąć mniej więcej w tempie 2% rocznie), ale ciągle nie widać szans na powrót do poziomu wzrostu gospodarczego sprzed 2007 r.

Wysokie podatki (nawet przy względnie niskim podatku PIT) niszczą produktywność Węgrów, co odbija się na poziomie płac. Według danych OECD (wykres poniżej) średnia roczna płaca na Węgrzech (liczona w dolarach według kursu i cen z 2012 r.) spadła podczas rządów Orbána znacznie poniżej poziomu płac w Polsce.

płace węgry

Węgry ciągle mają także wyższy dług publiczny niż Polska (choć tutaj nasz rząd dzielnie próbuje dogonić bratanków) – obecnie oscyluje on wokół poziomu 80% PKB, podczas gdy w Polsce jest to 60% (wykres poniżej – dane OECD, metodologia UE, nie krajowa).

dług Węgry

Przegląd tych wskaźników skłania do wniosku, że Węgry raczej nie staną się w najbliższym czasie upragnionym miejscem emigracji dla ludzi zmęczonych polską rzeczywistością. Jeśli bliżej przyjrzymy się polityce Orbána, to w naszych wnioskach jedynie się utwierdzimy.

Po pierwsze, pewna konsolidacja fiskalna, jaką możemy zobaczyć w statystkach, to w dużej mierze efekt drastycznej reformy sektora emerytalnego. Reforma ta polegała na praktycznej likwidacji węgierskiego odpowiednika OFE. W statystykach wygląda to lepiej, bo część bieżących wydatków (składki przekazywane funduszom emerytalnym) spada, jednak jest jedynie zamiana wydatków bieżących na przyszłe. Dzięki temu można pochwalić się chwilowo niezłymi statystykami[1]. Z manipulowaniem statystykami mamy do czynienia także w przypadku rekordowo wysokiego poziomu zatrudnienia, którym chwali się ostatnio Orbán. Artykuł w „Obserwatorze Finansowym” głosi:

W mediach toczy się ostra polemika w sprawie bezrobocia na Węgrzech. Rząd ogłosił wielkie zwycięstwo informując, że pracę ma ponad 4 miliony osób, a tyle nie było zatrudnionych od dawna. Dzięki temu bezrobocie spadło poniżej 10 procent. Sceptycy zwracają jednak uwagę, że ok. 400 tys. z osób cieszących się pracą to tzw. pracownicy komunalni opłacani przez państwo. Jest ich teraz dwa razy więcej niż kiedykolwiek zimą w poprzednich latach. Większość ma pół etatu, a dwieście tysięcy wysłano na szkolenia, bo zima jest bezśnieżna i nie mieliby co robić. Szkoli ich 5000 nauczycieli. W programach zajęć są tematy z higieny osobistej i temu podobne kwestie praktyczne, ale też rysunek i nabywanie umiejętności rysowania np. słoneczka i chmurek. Węgierska prasa gospodarcza zwraca też uwagę, że – jak nigdy przedtem – węgierski urząd statystyczny doliczył tym razem do liczby zatrudnionych osoby pracujące za granicą, dodając w ten sposób do rachunku następne 200 tysięcy.

Po drugie, Orbán uważa, że sektorowi prywatnemu zostawiono zbyt wiele miejsca w poprzednich latach i zapowiada nacjonalizację spółek użyteczności publicznej, które zostały sprywatyzowane jeszcze przez poprzednie rządy. Rozszerzanie zakresu własności państwowej i tworzenie „reżimowej niepewności” to ostatnie rzeczy, jakich potrzebuje pogrążona w kryzysie gospodarka.

Po trzecie, rząd Orbána próbuje aktywnie regulować sytuację na poszczególnych rynkach, zwiększając swoją ingerencję w ceny: „W ciągu roku ceny gazu, światła, wody, kanalizacji, a nawet usług kominiarskich zostały obniżone przez rząd w dwóch etapach o 20 proc.”. Ponadto, mnożą się zarzuty o faworyzowanie konkretnych przedsiębiorców, m.in. poprzez rządowe kontrakty. Ingerowanie w wyniki konkurencji i rynkową wyceną czynników produkcji to pewny sposób na obniżenie dobrobytu konsumentów.

Po czwarte, Węgry nie są krajem, który sprzyjałby prowadzeniu tam swojej firmy. Węgry są niżej od Polski w rankingu Doing Business Banku Światowego oraz na równi z Polską w rankingu wolności gospodarczej Heritage Foundation. Oczywiście rankingi te nie oddają idealnie tego, z jakimi trudnościami muszą borykać się przedsiębiorcy, ale jest to wyraźny sygnał, że Węgry nie staną się w najbliższym czasie mekką przedsiębiorców uciekających przed własnymi rządami w poszukiwaniu rozsądnych warunków do prowadzenia biznesów. Nie widać także, by Orbán aktywnie działał w celu polepszenia tej sfery. Zwraca raczej uwagę niechęć do kapitału zagranicznego (np. wprowadzenie ograniczeń w kupowaniu ziemi przez obcokrajowców). Bez stałego dopływu tegoż trudno jednak wyobrazić sobie szybką poprawę dobrobytu Węgrów.

Po piąte, Orbán okazał się też zwykłym inflacjonistą, który zdaje się wierzyć, że wszelakie problemy gospodarcze rozwiąże kreacja pieniądza. Dyrygowany przez protegowanych premiera węgierski bank centralny prowadzi program tanich pożyczek dla banków udzielających nowych kredytów dla węgierskich przedsiębiorstw[2]. W ramach tego programu pożyczono już równowartość ponad 9% węgierskiego PKB, a niedawno zapowiedziano także możliwość finansowania budowy nieruchomości w ten sam sposób. O stabilność rozwoju opartego na ogromnej ekspansji kredytowej wystarczy zapytać Hiszpanów, jeśli chcemy wyrobić sobie zdanie co do sensowności tego pomysłu.

Wszystkie powyższe przesłanki wskazują, że Węgry Viktora Orbána nie staną się przykładem gospodarczego sukcesu. Dopóki rząd Węgier nie dostrzeże zasadniczej roli prywatnej własności i ludzkiej przedsiębiorczości w procesie rozwoju gospodarczego, dopóty Węgry nie staną się gospodarczą potęgą.

PS Wszystkich zainteresowanych dyskusją na temat Węgier czy innych problemów poruszanych na Kryzys Blogu zapraszam do Karpacza na II Zimową Szkołę Ekonomiczną Instytutu Misesa w dniach 26 II – 2 III 2014 r.


[1] Oczywiście z analogiczną sytuacja będziemy mieli do czynienia w Polsce w tym roku. Z powodu reformy OFE magicznie zniknie nam część długu. W rzeczywistości zamienimy jedynie wydatki bieżące na przyszłe, choć polskie finanse publiczne odnotują podobną nadwyżkę, jak węgierskie w 2011 r.

[2] Skojarzenia czytelników z Bankiem Gospodarstwa Krajowego i programem Inwestycje Polskie będą jak najbardziej trafne.

Tags: , , , , , , , ,

Kryzys Blog o euro w bankier.tv

Posted by Mateusz Benedyk on sierpień 15, 2013
Mateusz Benedyk / 4 komentarze

Kilka dni temu głos (a nawet obraz) Kryzys Blogu dotarł do widzów bankier.tv. Piotr Lonczak z bankier.pl przeprowadził ze mną wywiad na tematy związane ze strefą euro. Pojawiły się tam wątki zarówno dotyczące kryzysu i polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego, jak i bardziej ogólne rozważania o tym, czy integracja ze strefą euro byłaby korzystna dla polskiej gospodarki.

Wszystkich czytelników Kryzys Blogu chciałbym zaprosić na wspomniane w wywiadzie Letnie Seminarium Ekonomiczne Instytutu Misesa, które odbędzie się 13-15 września w hotelu Ameliówka pod Kielcami. Tym razem seminarium poświęcone będzie właśnie problematyce strefy euro. Wśród prelegentów nie zabraknie byłych i obecnych autorów Kryzys Blogu (Mateusz Machaj, Jan Lewiński, Stanisław Kwiatkowski, Maciej Bitner czy autor tego wpisu).

Tags: , , , , , , , , , , , ,

Czy Top Gear przyjedzie do Polski?

Posted by Mateusz Benedyk on lipiec 18, 2013
Mateusz Benedyk / 7 komentarzy

W najnowszym odcinku (wyemitowanym w Wielkiej Brytanii w niedzielę – 14 VII) popularnego programu motoryzacyjnego „Top Gear” panowie Clarkson, May i Hammond podróżowali po Hiszpanii. Okazało się, że Hiszpania jest obecnie idealnym miejscem do nagrywania programów o samochodach. Liczne autostrady świecą pustkami, więc spokojnie można rozwijać dużą prędkość. Ponadto te puste autostrady zbudowano m.in. w górach, co sprawia, że pokonywanie niełatwych technicznie zakrętów, idealnych do testowania jakości pojazdu, można połączyć z podziwianiem wspaniałych widoków, dobrze sprzedających się w telewizji.

Puste autostrady (czasami prowadzące donikąd) to nie jedyna atrakcja Hiszpanii z punktu widzenia fanów motoryzacji. Okazuje się, że można tam także znaleźć nieczynne lotnisko (wybudowano je kilka lat temu, szybko jednak zbankrutowało). Względnie nowy i nieużywany pas startowy to świetne miejsce np. na testowanie prędkości, z czego brytyjskie trio dziennikarzy skrzętnie skorzystało.

Kolejnym elementem hiszpańskiego krajobrazu są dzisiaj całe miasta bądź dzielnice pełne nowych domów, w których nikt nie mieszka. Zamiast wydawać pieniądze na hotel można sobie spokojnie przekimać w opuszczonym, acz komfortowym budynku. Do tego, jako że w całych dzielnicach nie widać żywej duszy, można sobie łatwo zbudować własny tor uliczny i poćwiczyć na nim wykręcanie dobrych czasów.

To, że Hiszpania może być uznana za Mekkę dla twórców i fanów programów motoryzacyjnych, mieszkańcy Półwyspu Iberyjskiego zawdzięczają dwóm elementom: ogromnej ilości inwestycji publicznych współfinansowanych przez Unię Europejską oraz bańce na rynku nieruchomości wywołanej przez politykę pieniężną Europejskiego Banku Centralnego. Wbrew uczonym twierdzeniom keynesowskich ekonomistów inwestycje publiczne nie bardzo przełożyły się mnożnikowo na wzrost gospodarczy. Od kilku lat Hiszpania jest pogrążona w kryzysie i wydaje się, że dużo z publicznych pieniędzy wyrzucono po prostu w błoto. Nie dziwi to ludzi, którzy znają Misesowską krytykę socjalizmu – urzędnicy nie mogą stosować kalkulacji ekonomicznej, więc działają po omacku i okazuje się często, że ich projekty to co najwyżej betonowe pomniki władzy, przy otwarciu których politycy mogą się pokazać w mediach w pozytywnym kontekście. Polityka taniego kredytu kończy się zaś błędnymi inwestycjami – powstają dobra, na które tak naprawdę nie ma popytu. W takiej sytuacji jednym pocieszeniem pozostaje fakt, że przynajmniej fani motoryzacji potrafią jakoś wykorzystać ten bałagan.

Obrazki z Hiszpanii nie nastrajają optymizmem w Polsce. Polski rząd właśnie ogłosił plany nowelizacji budżetu, które sprowadzają się w dużej części do podwyższenia deficytu budżetowego. Zamiast zdecydować się na drastyczne ograniczenie wydatków publicznych, rząd postanowił ograniczyć wydatki jedynie kosmetycznie. Jak podkreśla minister Rostowski, priorytetem rządu są inwestycje infrastrukturalne i żadna krzywda im się nie stanie. Dlaczego? Bo one zapewniają rozwój gospodarczy.

Jak można zauważyć na powyższym wykresie (zaczerpniętym z rządowego Programu Konwergencji), Polska w ostatnich latach na takich inwestycjach nie oszczędzała. Można się dziwić, że nie przeżywamy obecnie wspaniałego wzrostu gospodarczego, który miały przynieść nam kolejne kilometry autostrad, dróg ekspresowych czy lotniska i stadiony. Można wręcz podsunąć heretycką myśl – może zasoby zużyte na te inwestycje pozostawione w gestii sektora prywatnego znalazłyby lepsze zastosowanie…

Minister Rostowski jednocześnie chętnie karci NBP, który prowadzi rzekomo zbyt restrykcyjną politykę pieniężną, hamując rozwój kraju nad Wisłą. Trzeba przyznać, że od połowy 2011 do połowy 2013 r. podaż pieniądza w Polsce przyrastała bardzo wolno. Dzięki temu możemy się cieszyć najniższą od lat inflacją. Jednocześnie ujawniono błędne inwestycje będące efektem poprzedniej ekspansji kredytowej (np. związane z budownictwem) i rozpoczął się proces restrukturyzacji gospodarki w stronę bardziej zrównoważonego rozwoju, który może się obyć bez sztucznie zaniżonych stóp procentowych. Wydaje się, że skala błędnych inwestycji w Polsce nie dorównała na szczęście tej hiszpańskiej i uniknęliśmy tak silnego kryzysu.

Niestety, wygląda na to, że ostatnie działania NBP odniosły pewien skutek i, jak pokazuje poniższy wykres (dane NBP), podaż pieniądza w Polsce znów rośnie dość szybko. Może to oczywiście oznaczać kolejną ekspansją kredytową, powodującą błędne inwestycje.

Kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, to Hiszpanię przedstawiano jako przykład udanej transformacji gospodarczej – z peryferyjnego kraju unijne pieniądze rzekomo stworzyły kwitnącą i nowoczesną gospodarkę. W rzeczywistości Hiszpanie żyli iluzją – wydatki na publiczne inwestycje wliczają się do PKB i przez to statystyki wyglądają lepiej, ale takie wydatki (oderwane od kalkulacji ekonomicznej) to marnotrawstwo zasobów, którymi sektor prywatny mógłby gospodarować oszczędniej. Iluzję tę podtrzymywał EBC, pozwalając na ogromny wzrost akcji kredytowej w Hiszpanii. Zdaniem rządzących Polską powinniśmy iść właśnie taką drogą – tanim kredytem finansować polityczne pomniki. I wysłać zaproszenie do producentów „Top Gear”. No cóż, to przynajmniej dobra wiadomość dla fanów brytyjskiego programu.

Tags: , , , , , , , , , , , ,

Jak Zjednoczone Królestwo wychodzi z długów

Posted by Mateusz Benedyk on luty 12, 2012
Mateusz Benedyk / 2 komentarze

Wielka Brytania chyba znalazła w końcu sposób na pozbycie się długu publicznego. Bank Anglii (BoE) ogłosił, że w ciągu najbliższych trzech miesięcy ma zamiar kupić obligacje brytyjskiego rządu warte 50 mld £. Po zakończeniu tej operacji BoE będzie posiadał 325 mld £ brytyjskiego długu (jakieś 30% całości). Od połowy 2010 roku na Downing Street mieszka David Cameron. Jednym z głównych zadań jego polityki jest podobno walka z deficytem budżetowym. W polskiej prasie można było przeczytać np. takie zdanie: „Jak wiadomo, nowy brytyjski rząd wdrożył drakońskie, nieznane gdzie indziej, sięgające 40 proc. budżetu, cięcia wydatków”. Po tych cięciach publiczne wydatki londyńskiego rządu wyniosły w roku budżetowym 2010-2011 ok 700 mld £ (wobec 670 mld £ rok wcześniej), a w kolejnym roku mają wynieść 710 mld przy wpływach rzędu 590 mld. Emisja 50 mld nowego długu zajmie zatem Brytyjczykom prawie pół roku. BoE jest szybszy. Widzimy, że Cameron zadłuża się za wolno.

Jeśli zaś BoE kontynuowałby tę nowatorską politykę, to pojawia się realna szansa na efektywne wyeliminowanie długu publicznego. Zakupy w ramach luzowania ilościowego wchłonęły prawie całą nową emisję brytyjskiego długu od wybuchu kryzysu finansowego. To zapewne może tłumaczyć, dlaczego Wielka Brytania nie podzieliła losu Grecji, Irlandii czy Portugalii. Europejski Bank Centralny nabył jedynie 219 mld € długu państw strefy euro. Dług rządów eurostrefy to ponad 8 bilionów €, EBC nabył zatem ledwie jakieś 2,5% tego długu, 10 razy mniej niż angielscy koledzy. Dla porównania możemy jeszcze dodać Fed, który posiada prawie 1,7 bln $ długu rządu amerykańskiego. Dług Wuja Sama zbliża się zaś do 16 bln $, co sytuuje Fed w środku stawki banków walczących z długiem publicznym.

Cała ta zabawa w monetyzowanie długu publicznego stawia pod znakiem zapytania wszelkie rozważania o niezależności banków centralnych, dzięki której mądrzy ludzie zasiadający we wszelkiego rodzaju radach polityki pieniężnej nie działają pod dyktando polityków, tylko dbają o długofalowy i stabilny rozwój gospodarczy. Skupowanie długu rządowego nie może być sposobem na osiągnięcie tego celu — to po prostu tratwa ratunkowa rzucona politykom, którzy nie mogą sobie poradzić ze stanem finansów publicznych. Dodatkowo, w Wielkiej Brytanii stworzono ostatnio prawo, wedle którego w czasach kryzysów finansowych to brytyjski odpowiednik Jacka Rostowskiego a nie Marka Belki ma decydować o tym, jakie instytucje należy wspomóc a jakie nie. A niektórzy czepiają się węgierskich reform banku centralnego!

W przeszłości skupowanie długu kończyło się często znaczną inflacją, a nawet upadkiem walut. Na razie nie grozi to dolarowi czy funtowi — amerykańskie i brytyjskie banki ciągle raczej czyszczą swoje bilanse ze śmieciowych aktywów i nie prowadzą ożywionej akcji kredytowej, więc kreacja bazowego pieniądza nie wpływa silnie na poziom cen. Nikt jednak nie może zagwarantować, że taka sytuacja będzie trwała wieki. Oprócz groźby inflacji aktywna polityka banków centralnych na rynkach finansowych ma także inne negatywne konsekwencje, o których już wspominaliśmy (1 i 2) — publiczny właściciel stopniowo wypiera prywatne podmioty, co niszczy po prostu kapitalistyczny system wyceny aktywów, zastępując go socjalistyczną, niewydajną wersją systemu alokacji zasobów.

 

Tags: , , , ,

Wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych rozwiązań

Posted by Mateusz Benedyk on styczeń 21, 2012
Mateusz Benedyk / 1 Comment

Jak już pisał wcześniej Mateusz Machaj, europejscy politycy przez ostatnie dziesięć lat nie dotrzymywali obietnic związanych z utrzymywaniem niskiego deficytu finansów publicznych (poniżej 3% PKB) i niskiego poziomu długu publicznego (poniżej 60% PKB). Jako że poprzednia regulacja nie zadziałała, postanowiono stworzyć nową, wzmacniając mechanizmy kontrolne i zwiększając sankcje za nieprzestrzeganie wspólnie ustalonych reguł. M.in. na stronach „The Telegraph” można przeczytać projekt nowego traktatu, który ma przyspieszyć konsolidację finansów publicznych europejskich państw i odzyskanie zaufania inwestorów działających na rynkach finansowych.

Z projektu traktatu można dowiedzieć się, że zaostrzono reguły fiskalne, obniżając dopuszczalny limit deficytów do 0,5% PKB (dla niektórych państw wyjątkowo 1%) oraz wprowadzając wymóg sukcesywnego (o 1/20 co roku) zbliżania się do limitu długu publicznego (60% PKB) przez państwa, których dług przekracza obecnie ten próg. Wszystko to brzmi wspaniale — jeśli rządy nie chcą mieć problemów z finansowaniem długu publicznego, to powinny zrobić właśnie to — przez wiele lat prowadzić politykę zrównoważonego budżetu i dbać o to , by relacja dług/PKB malała. Można nawet znaleźć przykład europejskiego państwa, które przez 20 ostatnich lat prowadziło właśnie taką politykę. Na początku lat 90. dług publiczny Szwecji sięgał ponad 70% PKB, jednak dzięki dyscyplinie budżetowej, prywatyzacji i obniżaniu udziału wydatków publicznych w PKB dług jest obecnie mniejszy niż 40% PKB, a Szwecja nie ma problemu z jego obsługą.

Z nowym unijnym traktatem istnieją jednak co najmniej 2 problemy:

– możliwość zawieszenia reguł ze względu na „wyjątkowe okoliczności”,

– wątpliwa skuteczność sankcji przewidzianych traktatem.

Jeden z punktów traktatu przewiduje, że wymóg niskiego deficytu może być zawieszony, jeśli nastąpią „wyjątkowe okoliczności”. Jak są one definiowane? [tłumaczenie — MB]

„Wyjątkowe okoliczności” to przypadki niezwykłych wydarzeń będących poza kontrolą umawiających się stron, mających znaczny skutek dla finansowania działań władz publicznych lub do okresów silnego kryzysu gospodarczego, tak jak definiuje się go w Pakcie Stabilności i Wzrostu, o ile odchylenia od obowiązujących zasad nie spowodują zagrożenia dla zrównoważenia finansów publicznych w średnim okresie.

Nie zdziwiłbym się, gdyby ten zapis stał się furtką dla wszelkich odchyleń od 0,5% deficytu — przecież działania złowrogich spekulantów prowadzących krótką sprzedaż obligacji państwowych czy chcących zyskać na wzroście kursów CDSów każdy rząd uzna za niemożliwe do kontrolowania. Przecież wiadomo, że Węgry mają problemy z finansowaniem długu nie dlatego, że mają najwyższy poziom wydatków publicznych w regionie, ale dlatego, że międzynarodowa finansjera wypowiedziała im wojnę. Przykłady strasznych, niezależnych od rządów wypadków można mnożyć w nieskończoność: od globalnego ocieplenia do globalnego oziębienia.

Nowy traktat przewiduje także surowsze sankcje za łamanie postanowień paktu. Kraj może zostać zmuszony do zapłacenia kary w wysokości 0,1% PKB. Trudno zrozumieć, jak dodatkowe rządowe wydatki miałyby pomóc w naprawie finansów publicznych danego kraju. Jeśli weźmiemy także pod uwagę, że wydatki publiczne w krajach UE stanowią często 45-50% PKB, to sam rozmiar kary nie wydaje się znaczny. Jeśli miałbym podać przykład kary, która może być skuteczna, to zapewne straszyłbym zmniejszeniem liczby synekur w unijnej biurokracji, które można rozdać swoim klientom i zaufanym. Jeśli wpadną Państwo na lepszy pomysł, to proszę o zostawienie komentarza z takowym.

Podsumowując, w traktacie, który miał zapewnić stabilność finansów publicznych państw UE, zostawiono sporą furtkę umożliwiająca obejście groźnie brzmiących przepisów. Z kolei kary za łamanie wspólnotowych przepisów wydają się ciągle raczej grożeniem palcem w bucie.

Tags: , ,