W swoim poprzednim wpisie mówiłem o spadających oczekiwaniach inflacyjnych i dlatego możliwych spadkach złota. A Robert Murphy mnie poprawia i pokazuje jak taka metoda liczenia oczekiwań inflacyjnych ma się do rzeczywistej inflacji. Raczej kiepsko:

Zobacz też więcej na blogu Murphiego.
Tak, czy inaczej esencja tezy (nawet przy pokazaniu złego wskaźnika) pozostaje istotna. Jeśli inflacja będzie spadać, kredyt się kurczyć, a system nie będzie się sypał, wiara we wzrosty złota jest ryzykowna.










25/10/2008
Sprawa komplikuje się dodatkowo przez fakt, że jako proxy inflacji użyte jest CPI, które jak wiadomo jest tak sobie związane z prawdziwą ekspansją pieniądza i spadkiem jego siły nabywczej. Z reguły w trakcie rosnącej inflacji CPI jest zaniżone, a spadającej – zawyżone. Wpływ mają na to m.in. wybór koszyka CPI oraz efekt wygładzania zmian cen przez magazynowanie towarów.
Na moje oko to na 100% będziemy wiedzieli, w którą stronę się wahnęło, tak za pół roku-rok, ale mimo wszystko na wyczucie jestem za tezą deflacji (w USA) i tego, że trend nie pęknie i nie przekształci się w hiperinflację (na skutek np. rozładowania rezerw bankowych i niekontrolowanego wzrostu rentowności obligacji skarbowych), ale solidnie wytrzepie system, tak jak w latach 1930-1935 (1937? nie pamiętam).