euro

Polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego 1999-2013

Posted by Mateusz Benedyk on Październik 15, 2014
Mateusz Benedyk / No Comments

W czasopiśmie „Ekonomia. Wrocław Economic Review” (19/4) ukazał się właśnie mój artykuł Polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego 1999-2013, który można uznać za podsumowanie i usystematyzowanie wielu wątków poruszanych na Kryzys Blogu.

Abstrakt:

Europejski Bank Centralny poprzez swoją ekspansywną politykę na początku XXI wieku doprowadził do ekspansji kredytowej, rozłożonej bardzo nierównomiernie pomiędzy poszczególne państwa strefy euro, która zaowocowała silnym boomem, m.in. na rynku nieruchomości. Błędne inwestycje z okresu boomu doprowadziły do silnego kryzysu gospodarczego w latach późniejszych. Działania EBC od wybuchu kryzysu (wzmożone kredytowanie europejskich banków w zamian za coraz gorsze zabezpieczenie i na coraz dłuższy okres po rekordowo niskich stopach procentowych) wskazują, że rzeczywistym celem banku jest raczej ratowanie systemu bankowego aniżeli dbanie o założony cel inflacyjny.

Całość artykułu dostępna na stronie czasopisma.

Tags: , , , , , , ,

Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?

Posted by Mateusz Benedyk on Październik 18, 2013
Bez kategorii / 4 komentarze

Na stronie Instytutu Misesa można przeczytać raport Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?, do powstania którego przyłożyli się także niektórzy autorzy Kryzys Blogu. Sam raport nie ma na celu optowania za konkretnym rozwiązaniem politycznym. Staraliśmy się raczej zwrócić uwagę na dyskusję ekonomistów, jaka towarzyszy debacie o wprowadzeniu w Polsce euro. Mamy nadzieję, że ten tekst pomoże w Państwu w zrozumieniu blasków i cieniów integracji walutowej oraz zachęci do dalszego zgłębiania trudnej materii polityki pieniężnej i jej wpływu na gospodarkę.

Zapraszamy do lektury!.

Tags: , , , ,

Kryzys Blog o euro w bankier.tv

Posted by Mateusz Benedyk on Sierpień 15, 2013
Mateusz Benedyk / 4 komentarze

Kilka dni temu głos (a nawet obraz) Kryzys Blogu dotarł do widzów bankier.tv. Piotr Lonczak z bankier.pl przeprowadził ze mną wywiad na tematy związane ze strefą euro. Pojawiły się tam wątki zarówno dotyczące kryzysu i polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego, jak i bardziej ogólne rozważania o tym, czy integracja ze strefą euro byłaby korzystna dla polskiej gospodarki.

Wszystkich czytelników Kryzys Blogu chciałbym zaprosić na wspomniane w wywiadzie Letnie Seminarium Ekonomiczne Instytutu Misesa, które odbędzie się 13-15 września w hotelu Ameliówka pod Kielcami. Tym razem seminarium poświęcone będzie właśnie problematyce strefy euro. Wśród prelegentów nie zabraknie byłych i obecnych autorów Kryzys Blogu (Mateusz Machaj, Jan Lewiński, Stanisław Kwiatkowski, Maciej Bitner czy autor tego wpisu).

Tags: , , , , , , , , , , , ,

Dlaczego nie bronię euro?

Posted by Mateusz Benedyk on Lipiec 10, 2012
Mateusz Benedyk / 1 Comment

Kilka tygodni temu jeden z najbardziej znanych przedstawicieli współczesnej austriackiej szkoły ekonomii, Jesús Huerta de Soto, opublikował artykuł, w którym broni pomysłu wspólnej europejskiej waluty i uważa ją za krok, choć niedoskonały, w stronę idealnego systemu pieniężnego. Jako że jego tekst od dzisiaj dostępny jest także po polsku, to postanowiłem przedstawić kilka wątpliwości i uzupełnień względem tekstu madryckiego profesora.

Huerta de Soto uważa, że euro położyło kres monetarnemu nacjonalizmowi, dzięki czemu państwa nie mogą w obliczu kryzysu uciec się do typowego interwencjonistycznego środka — dodruku pieniądza powodującego deprecjację jego wartości — a zamiast tego muszą dokonać poważnych reform: zmniejszyć publiczne wydatki i zliberalizować swoje gospodarki (zwłaszcza rynki pracy), aby umożliwić szybkie dostosowania cenowe wymuszone przez odkrycie błędnych inwestycji. O ile wydaje mi się, że wspomniany mechanizm odgrywa obecnie pewną rolę w europejskiej polityce gospodarczej, to Huerta de Soto zdecydowanie przeszacowuje jego wagę. Będę starał się pokazać, że trudno zauważyć różnice w tempie reformowania gospodarki pomiędzy państwami należącymi do strefy euro a ich sąsiadami, którzy do strefy nie należą. Nie zgadzam się także z różnicą w ocenie działań banków centralnych Anglii, Stanów Zjednoczonych i Europejskiego Banku Centralnego. Na tych stronach wielokrotnie opisywaliśmy proinflacyjne działania EBC i nie wydaje mi się, by bank ten zasługiwał na miano bardziej odpowiedzialnego czy niezależnego.

Na początek jednak chciałbym zwrócić uwagę na jedną historyczną nieścisłość w przedstawieniu procesu ekspansji kredytowej w strefie euro w pierwszej dekadzie XXI w. W tekście możemy znaleźć twierdzenie, że nowo kreowane pieniądze „nie były równo rozdzielone między kraje unii monetarnej, lecz miały nieproporcjonalnie duży wpływ na kraje peryferyjne (Hiszpanię, Portugalię, Irlandię i Grecję), w których agregaty pieniężne rosły o wiele szybciej, około trzy do czterech razy szybciej niż we Francji i w Niemczech”. O ile zdanie to jest prawdziwe, jeśli chodzi o Hiszpanię, Irlandię i Grecję (choć może sformułowanie „dwa do czterech razy szybciej” byłoby lepsze), to zupełnie nie stosuje się do Portugalii, gdzie podaż pieniądza rosła mniej więcej w tym samym stopniu co w Niemczech. Na poniższym wykresie przedstawiono zmiany M3 rok do roku w wybranych państwach strefy euro i średnią dla całej strefy. O ile Hiszpania i Irlandia wyraźnie odstawały od średniej unii monetarnej, to Portugalia wielkiej ekspansji kredytowej nie doświadczyła i w przeciwieństwie do swojego wielkiego sąsiada pogrążona raczej była przez całą dekadę w gospodarczej stagnacji.

Przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli pozytywnego wpływu członkowstwa w strefie euro na przeprowadzanie odważnych liberalnych reform gospodarczych. Czy przyjęcie euro wyraźnie wpłynęło na szybszą redukcję wydatków publicznych wśród państw UE? Niestety, nie. Wydatki publiczne osiągnęły w UE swój szczyt w 2009 r. — wyniosły wtedy 51,1% PKB 27 państw Unii. Do 2011 r. spadły one o dwa punkty procentowe — do 49,1% PKB. Jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie państwa strefy euro, to okaże się, że wydatki publiczne spadły z 51,2% PKB w 2009 r. do 49,4% PKB dwa lata później. Widać zatem, że to państwa spoza strefy euro mają odrobinę lepsze statystyki, przez co spadek wydatków w całej UE jest większy niż w państwach, które przyjęły euro. Jeśli mechanizm à la standard złota działałby w znaczący sposób, to moglibyśmy się raczej spodziewać, że tempo konsolidacji fiskalnej w strefie euro będzie szybsze niż w unijnych państwach, tak jednak się nie dzieje.

Hiszpański ekonomista zdaje się wskazywać Zjednoczone Królestwo jako przykład kiepskiej polityki gospodarczej. Trudno mi to zrozumieć. O ile opis Huerty de Soto pasuje do polityki poprzedników obecnego rządu, to kontrastowanie polityki Camerona z działaniami państw strefy euro wydaje się niesprawiedliwe. Choć można sądzić, że działania jego rządu są zbyt wolne i zbyt małe, to trzeba zauważyć, że są to często działania w dobrą stronę.  Jak można zobaczyć na poniższym wykresie (zaczerpnięty z najnowszego projektu budżetu) w Wielkiej Brytanii odwrócono trwający od końca lat 90. trend wzrostu udziału wydatków publicznych w PKB. Jak do tej pory ten udział zredukowano jedynie o trzy punkty procentowe (co i tak jest wyróżniającym się wynikiem na tle unijnej średniej), ale kolejne lata mają rzekomo przynieść utrzymanie tego trendu.

W Wielkiej Brytanii znacznie spadło także zatrudnienie w sektorze publicznym. O ile w pierwszym kwartale 2010 r. pracowało tam 6,323 mln osób, to w pierwszym kwartale 2012 r. było to 5,899 mln. W tym samym czasie zatrudnienie w sektorze prywatnym wzrosło o ponad 800 tys. osób (z 22,539 mln do 23,382 mln, całkiem niezły wynik jak na gospodarkę, która jeszcze „nie stanęła na nogi”). Brytyjski rząd chwali się także, że przejrzał 1 500 regulacji, z których połowa zostanie zlikwidowana lub poprawiona. Do tego w 19 przedsięwzięciach deregulacyjnych powziętych od stycznia 2011 r. tak zmienił przepisy, że prywatne przedsiębiorstwa zaoszczędzą ponoć 3,3 mld funtów. Ponadto rząd obiecuje także zmniejszyć uciążliwość regulacji środowiskowych i BHP.

Wypisuję te wszystkie aktualne i rzekome sukcesy brytyjskiego rządu, by pokazać jedno — w przypadku Wielkiej Brytanii, która euro nie posiada, można stworzyć podobną narrację jak w przypadku „reformatorskiej” Hiszpanii, gdzie wszystkie reformy przypisywane są zbawiennym skutkom europejskiej waluty. Powiem nawet więcej — taką samą narrację można stworzyć w przypadku Polski. Jeśli zerkniemy na najnowszą wersję programu konwergencji, to okaże się, że w Polsce relatywnie szybko spada udział wydatków publicznych w PKB, a jeśli wierzyć rządowym prognozom, to wkrótce wskaźnik ten spadnie do nienotowanych w III RP poziomów. Ponadto w Polsce rząd co roku sprzedaje udziały w kilkuset przedsiębiorstwach, a dwie największe partie jednogłośnie popierają program deregulacji w sprawie dostępu do ponad dwustu zawodów. Debata o dostępności do zawodów zaczęła się w Polsce na dobre od raportu Fundacji Republikańskiej. Następnie postulat otwarcia zawodów znalazł się w programie gospodarczym PiSu, z list którego do parlamentu startował (i dostał się) ówczesny prezes owej Fundacji. Postulaty te z kolei spodobały się nowo mianowanemu ministrowi sprawiedliwości (zdaje się po prostu z przyczyn ideologicznych), który zatrudnił jednego z ekspertów związanych z Fundacją w swoim ministerstwie i stworzył projekty odpowiednich ustaw. Nie mam pojęcia, jak doszło do deregulacji gospodarki w Hiszpanii. Znając jednak do pewnego stopnia sytuację polską (gdzie głównym czynnikiem był/jest chyba jednak szczęśliwy zbieg personalnych relacji i odrobiny wolnorynkowych przekonań), jestem automatycznie sceptyczny w przypisywaniu decydującego głosu podobieństwu strefy euro do standardu złota w procesie liberalizacji hiszpańskiej gospodarki.

W strefie euro znaleźlibyśmy także czarne owce, które można pokazać jako przykład braku reform, czy wręcz wprowadzania „deform”. Popatrzmy na sytuację Francji. Wydatki publiczne nie chcą tam wykazywać wyraźnej malejącej tendencji: 2009-56,8% PKB, 2010-56,6% PKB, 2011-55,9% PKB. Nie da się ukryć, że wygląda to znacznie gorzej niż w przypadku Wielkiej Brytanii. Ponadto nowy prezydent (mający poparcie nowo wybranego parlamentu) proponuje głównie podwyżki podatków i zaostrzenie prawa pracy. W takim wypadku wolałbym już chyba monetarny nacjonalizm połączony z mniej socjalistycznym rządem.

Nie sposób także zgodzić się na przedstawianie EBC jako bardziej odpowiedzialnego banku centralnego. Jeśli popatrzymy na zmiany w polityce Banku Anglii, Fedu i EBC od wybuchu kryzysu, to zauważymy raczej podobne kroki (szybki wzrost bazy monetarnej i sumy bilansowej banku, poluzowanie polityki dotyczącej zabezpieczeń pożyczek, gwałtowna obniżka stóp procentowych itp.). Jeśli dowiemy się, że obecni prezesi tychże instytucji to koledzy z tej samej uczelni, nauczeni tych samych teorii, to tym bardziej nie będzie nas to dziwić. Nie wydaje mi się, by ekonomiczne konsekwencje bezpośredniego (Fed, Bank Anglii) i pośredniego (EBC) monetyzowania długu były diametralnie różne. Wyjaśnienie niskich kosztów zadłużania się amerykańskiego i brytyjskiego rządu nie może raczej sprowadzać się jedynie do zwrócenia uwagi na politykę luzowania ilościowego. Obligacje obu tych rządów ciągle posiadają wysokie ratingi i tym samym są atrakcyjnym aktywem dla banków chcących sprostać wymaganiom kapitałowym Bazylei III (obligacje rządowe z wysokim ratingiem nie wymagają posiadania żadnego dodatkowego kapitału), co może być równie ważnym czynnikiem ich wyceny.

Brak możliwości prostego obniżenia wartości krajowej waluty może stanowić impuls do podjęcia odważnych, liberalnych reform. Niestety, wydaje się, że w przypadku strefy euro impuls ten jest raczej niewielki. Państwa niebędące w strefie euro często prowadzą politykę podobną do państw posługujących się euro, czasami wręcz bardziej reformatorską. Sądzę, że obecne zmiany w politykach różnych państwach łatwiej zrozumieć, patrząc na przykład na ideologiczne inklinacje członków poszczególnych rządów. Ponadto, Europejski Bank Centralny nie wydaje się instytucją, której największą troską jest stabilny pieniądz. Dlatego też nie uważam, że euro stanowi znaczący krok w stronę idealnego systemu monetarnego. Nie mam zatem zamiaru bronić istnienia tego projektu.

Tags: , , ,

To jeszcze nie koniec kłopotów

Posted by Jan Lewiński on Kwiecień 26, 2012
Jan Lewiński / 1 Comment

Wyjątkowo ciepła zima sprawiła, że światowa koniunktura gospodarcza mogła wzrosnąć nieco ponad oczekiwania największych niedźwiedzi (inni zauważają, że ostatnio oczekiwania systematycznie rozmijają się z rzeczywistością na niekorzyść rzeczywistości). To także dzięki temu politycy mogli odtrąbić sukces programów stymulacyjnych – nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych. Cóż, te „dobre czasy” już za nami.

Domek z kart (patrz obrazek poniżej), który pracowicie usiłują budować z pustego pieniądza europejscy biurokraci, znów zaczyna się sypać (a właściwie jego upadek znów zaczyna być wyraźnie widoczny).

Najbardziej chyba  spektakularnym przykładem sukcesu à rebours jest przypadek Hiszpanii, której nawet zawzięte pompowanie przez EBC drukowanych przez tamtejszy rząd obligacji (carry trade) niewiele pomogło. Bezrobocie (uwzględniające sezonowość) sięga tam już według danych rządowych 23,6% w pierwszym kwartale 2012r. (w czwartym kwartale 2011r. wyniosło 23,1%). Według źródeł w Barclays Capital w 2013r. ma osiągnąć nawet 26%. Co nastraja szczególnie mało optymistycznie, to liczba młodych bezrobotnych i systematycznie spadające zatrudnienie w przemyśle:

I jeszcze wykres Reutersa (za ZH):

Nie dziwi, że Standard & Poor’s obniżył ocenę hiszpańskiego długoterminowego długu z A do BBB+ (krótkoterminowego spadła z A-1 do A-2), skoro kraj ten nie będzie wkrótce w stanie sfinansować potrzeb pożyczkowych, służących głównie sfinansowaniu poprzednich potrzeb pożyczkowych. Analitycy Morgan Stanley oceniają wysokość tych brakujących środków na 50 miliardów euro. Elaine Lin, analityk MS twierdzi, że w najgorszym razie kwota ta może urosnąć do 160 miliardów euro.

Na pierwszy rzut oka sytuację Hiszpanii pogarsza (czyli, wziąwszy pod uwagę szkodliwość dalszego utrzymania tej finansowej maskarady, polepsza) upór Niemiec, których przedstawiciele – jak choćby szef Bundesbanku Jens Weidmann – coraz częściej i z coraz większym uporem wyrażają swój sprzeciw wobec opłacania kolejnych dłużników niepotrafiących sobie poradzić z takimi trudnymi pojęciami jak oszczędność, gospodarność czy zarządzanie finansami.

W podobnych tarapatach jak Hiszpania mogą się już wkrótce znaleźć Włochy – twierdzą eksperci Credit Suisse – przy czym uważają oni, że akurat mieszkańcom Półwyspu Iberyjskiego, w przeciwieństwie do ich kolegów ze wschodu,  przez 2012r. uda się jeszcze wyjść z opałów. Wszystko dlatego, że – „niestety” – spada wiarygodność banków, które korzystają z programów LTRO, dlatego takie banki jak włoski UniCredit – CS podaje tu przykład jednego z dyrektorów banku odżegnujących się od topienia środków we włoskich obligacjach – będą z nich korzystać raczej niechętnie, mimo olbrzymich potrzeb.

Pomijając cały absurd wstrzykiwania kolejnych pożyczek LTRO w gospodarkę, analitycy CS martwią się więc raczej o to, czy programy te będą w przyszłości skuteczne, jeśli, co uważają za prawdopodobne, będą one piętnować korzystające  z nich banki. Inna sprawa, to na ile jest to słabo zawoalowana sugestia skierowana do EBC lub EMS, aby okryć te programy większą tajemnicą, pozwalającą instytucjom kredytowym brać darmowe pieniądze z dodruku incognito (pst! trochę z innej beczki, ale spójrzcie tutaj!) i przeznaczać je na zakup obligacji zagrożonych państw tym razem już bez żadnego odium długofalowego szaleństwa takiej „praktyki biznesowej”.

Włoskie banki otrzymały jak widać na drugim z powyższych wykresów (za FT/A) znaczną pomoc, która przyniosła skutki cokolwiek marne:

Zresztą w Hiszpanii pod tym względem też nie jest najlepiej, skoro wycena aż 8 z 10 największych akcji na tamtejszej giełdzie plasuje je poniżej wartości likwidacyjnej (ten i inne problemy podaje Shedlock):

Tymczasem w Wielkiej Brytanii mamy powrót recesji (spadek PKB o 0,2% w Q1 tego roku, o 0,3% w Q4 roku 2011, zmniejszenie produkcji o 3% w okresie pomiędzy tymi kwartałami). Zabawnie brzmią na tym tle słowa Chrisa Williamsona z firmy Markit, który stwierdził (cytat za FT/A):

The danger is that these gloomy data deliver a fatal blow to the fragile revival of consumer and business confidence seen so far this year, harming the recovery and even sending the country back into a real recession.

Innymi słowy, Williamson wyraża obawę, że recesja może doprowadzić nawet – w ostateczności – do prawdziwej recesji. Well, Anne, this theory of yours seems to have hit the nail on the head!

Oto bowiem Andrew Smith, główny ekonomista KPMG zauważa:

But worse, output remains broadly unchanged from its level in the third quarter of 2010 and, four years on from its pre-recession peak is still some 4 per cent down – making this slump longer than the 1930s Depression.

Oto stosowny wykres:

Pominąwszy nawet drobne i spodziewane wydarzenia, takie jak przebicie oczekiwań co do spadku PKB Grecji (pamiętają Państwo jeszcze, że zgodnie z umową z Troiką grecki PKB ma w 2013r. wzrosnąć?) z 4,75% do 5% i paniczne ataki Greków na szarą strefę, która prawdopodobnie ratuje ten kraj przed kompletną zapaścią gospodarczą, obserwujemy na rynku dane wprost katastrofalne. Oto w Europie indeks wytwórczości PMI (dane z Markit) spadł najniżej od 34 miesięcy (spadek do 46 punktów z 47,7 w marcu). Co ciekawsze, podobny spadek dotyczy gospodarki niemieckiej – najniższy indeks od 33 miesięcy (wykres za Shedlockiem).

Tymczasem urzędnicy Unii Europejskiej, reagując  na tę sytuację gospodarczą jak to tylko porządna biurokracja potrafi, zaproponowali zwiększenie swojego budżetu o całe 6,8%. Politycy ostro zaatakowali za to UE, niewdzięcznie zapomniawszy o ogromnym poświęceniu, z jakim Unia bezwzględnie tnie koszty swojej administracji. Oto przecież, jak zauważa Paweł Świdlicki z Open Europe, spośród 40775 urzędników, w 2013r. UE zwolni (netto) aż 6 z nich! Znacząco spadną też, zgodnie z deklaracjami urzedników, wydatki na administrację unijną – ich wzrost ma wynieść zaledwie 3,2%. Zostawmy jednak Unię Europejską, bowiem produktywność jej inicjatyw nie może budzić żadnych wątpliwości. Spójrzmy dalej, poza nasze poletko:

Słynny inwestor Marc Faber przewiduje, że wzrost gospodarczy w Chinach spadnie do 3%. Jakkolwiek zagrożona byłaby pozycja gospodarcza ChRL, w jeszcze gorszych tarapatach znajduje się Australia, która postawiła wszystko na jedną kartę: rosnące w nieskończoność ceny (skąd my to znamy?) surowców, które będzie mogła w nieskończoność sprzedawać drukującym pieniądze w nieskończoność Chinom.

Ale po kolei.

Bloger Trystero jakiś czas temu rozpoznał Chiny jako największego światowego drukarza. Dzięki temu drukowi Chiny mogą pozwolić sobie na rozpędzenie gospodarek własnej i australijskiej do bańkowych poziomów. FT/A opublikował na ten temat notkę, w której zwraca uwagę, że w Australii mamy do czynienia z kredytowym boomem opartym na finansowaniu australijskich kopalni z boomu chińskiego. Skutkiem jest piramidalna bańka spekulacyjna, która lada chwila może pęknąć.

Czego FT/A raczej nie dostrzega, to przełożenie tej relacji na związek Chin z innym sporym podmiotem gospodarczym: Apple.

Zwróćmy uwagę, że Apple ma na tyle silne notowania, że wciąż słyszy się (patrz tutaj) o wykluczaniu tej firmy z notowań indeksów spółek ze względu na wyniki tak dobre, że zaburzają oceny całego rynku. Wartość Apple wg części analityków ma już za chwilę (w 2014r.) przekroczyć poziom biliona dolarów, z wyceną 1000USD za akcję. Tymczasem, jak prześmiewczo wytyka ZeroHedge, model biznesowy Apple można będzie wkrótce – wobec przynajmniej deklaratywnej chęci zerwania „krępującej” tę firmę więzi z konsumentem amerykańskim – sprowadzić do zależności od Chin właśnie: Apple będzie produkowało swój sprzęt w Foxconn, w Chinach też kompletowało, potem tam sprzedawało z narzutem odpowiednim, aby na tym zarobić. I tylko czekać, aż Foxconn wymyśli, że może sam konkurować z Applem (patenty są w tym kraju traktowane co najwyżej po macoszemu). Lub nawet lepiej: Foxconn będzie produkował sam dla siebie i sam sobie sprzedawał – za pieniądze wydrukowane przez siebie na drukarkach Foxconnu.

Żarty żartami, ale nawet pomijając faktyczną sytuację Apple’a, która wcale nie musi być tak zła, jak to przedstawia ZeroHedge, to nadal jest to firma mocno zależna od sytuacji w Chinach (jak i inne firmy IT). Jeśli (gdy) tam pęknie bańka, można będzie się spodziewać bardzo mocnego uderzenia w gospodarkę amerykańską. Zgodnie z oficjalnymi danymi, w pierwszym kwartale tego roku PKB wyniosło 2,2% (spadek z 3% w poprzednim kwartale). Shedlock twierdzi jednak (powołując się na Ricka Davisa z Consumer Metric Institute), że ten wzrost w ujęciu realnym (obliczony przy użyciu bardziej realistycznego deflatora, biorącego pod uwagę np. wzrosty cen paliw na stacjach) jest niemal zerowy (0,08%), podczas gdy realny dochód rozporządzalny per capita skurczyłby się o 0,27%.

Nawet jeśli uznamy, że PKB jednak wzrosło, to jeden rzut oka na ostatni wykres rozwieje wszystkie nasze wątpliwości:

Na jeden miliard dolarów „wyprodukowanego” dzięki programom stymulacji rynku PKB przypada nieco ponad 2,5 miliarda dodatkowego długu. To się nazywa skuteczność!

Wszystkie te wieści nie nastrajają zbyt optymistycznie. Pozostaje jedynie trzymać kciuki za to, aby czekające nas tytułowe kłopoty nie skończyły się – wskutek wytrwałego demolowania systemu gospodarczego prywatnej własności przez drukujących i pożyczających centralnych planistów – permanentnym kryzysem w stylu japońskim.

Tags: , , , , , , , , , , ,